Niektórzy wchodzą w świat dziewiarstwa z rozmachem – kupują najdroższe druty, od razu marzą o swetrze z islandzkim wzorem i piją kawę w kubku z napisem ” Born to knit”. Ja zaczęłam… przypadkiem. Dosłownie.
Pewnego zimowego wieczoru, kiedy Netflix jeszcze nie istniał, a pogoda skutecznie odcięła mnie od świata, znalazłam w szafie stary motek wełny i szydełko po Babci. Pomyślałam: „Zobaczymy co z tego wyjdzie”. Wyszedł krzywy szalik, ale robiony z sercem.
I tak się zaczęło. Od prostych oczek, przez niekończące się poprawki, aż po pierwsze zamówienia od znajomych i… zupełnie nieznajomych. Wełna stała się dla mnie nie tylko materiałem – ale sposobem na wyrażenie siebie, na spokój, na radość z rzeczy robionych własnoręcznie.
Dziś po 13 latach, nadal uwielbiam ten moment, gdy nowy motek trafia w moje ręce. Nadal zdarza mi się spruć pół swetra, bo „coś jednak nie gra”. Ale każda pętelka to historia – o cierpliwości, twórczości i ciepłych emocjach ( dosłownie i w przenośni).
Jeśli tu jesteś, to znaczy, że może i Ty dałaś się zaczarować wełnianemu światu. Zapraszam – rozgość się w mojej włóczkowej rzeczywistości.